Aktualności

Szukam słów, by przekazać obraz - wywiad z Dorotą Pomadowską

Nigdy nie czytam książek w całości przed tłumaczeniem, bo psuje mi to zabawę. Jestem trochę jak aktorka: poznaję rolę i w nią wchodzę. Rozmowa z Dorotą Pomadowską*, tłumaczką m.in. „Straconych milionów” Jessa Waltera.

TU KUPISZ
KSIĄŻKĘ

Jesteś tłumaczką od zawsze, czy ten zawód zaczęłaś wykonywać w jakimś momencie życia?
Dorota Pomadowska: – Właściwie od początku mojego życia zawodowego zajmuję się tłumaczeniami, choć robiłam także inne rzeczy. Jestem np. trenerką umiejętności psychospołecznych, stąd w tłumaczeniach mam specjalizację z psychologii i rozwoju osobistego. Zajmuję się przekładem już prawie 20 lat, w międzyczasie prowadziłam warsztaty na temat różnorodności kulturowej, brałam udział w różnych programach międzynarodowych dotyczących aktywności społecznej i liderów społecznych… Ale to przekład literacki okazał się moją największą pasją.

Czy książki z Twojej specjalizacji tłumaczy Ci się łatwiej?
– Bardzo lubię książki dotyczące psychologii, poszerzenia świadomości samego siebie czy rozwoju osobistego i duchowości. Można powiedzieć, że je najbardziej „czuję”. Mam w tym obszarze doświadczenie, dlatego łatwiej mi zrozumieć punkt widzenia autorki czy autora w takich książkach. W powieściach są też fragmenty o ludziach, ich osobowościach, emocjach, wyborach życiowych i moja własna, długa droga rozwoju osobistego i pasja poznawania siebie oraz szeroka wiedza na ten temat ułatwia mi tłumaczenie. Gdy są wątki psychologiczne w książkach, to moje wykształcenie i osobiste doświadczenia bardzo mi pomagają w przełożeniu obrazu na obraz.

Czy jak przekładasz z obrazu na obraz, to piszesz książki na nowo?
– Olga Tokarczuk w „Czułym narratorze” jeden z rozdziałów poświęciła pracy tłumaczy. Napisała, że jesteśmy Hermesami, posłańcami międzykulturowymi. Przenosimy obrazy z jednej kultury do drugiej – przy użyciu słów. I to nasza rola, nasz obowiązek, by to, co ktoś namalował w jednej kulturze, było zrozumiałe w innej. Ja też tak postrzegam swoją pracę. Ostatnio bliska mi osoba powiedziała, że dziękuje mi za to, że pokazałam jej świat autorki – który ona ma w sobie, w który wierzy i który chciała ludziom przekazać. To chyba o to w przekładzie chodzi. Jasne, że muszę być wierna oryginałowi – ale wyczucie atmosfery, klimatu książki – to jakbym się wcielała w rolę jak aktorka. Żeby ją poczuć, muszę się wczuć w świat osoby, która książkę napisała i stąd dobór takich a nie innych słów.

To chyba największe uznanie dla tłumacza – te słowa, które przekazała Ci bliska osoba?
– Tak, słowa docenienia naszej pracy są ważne i miłe. Nie tylko osobiste podziękowania od kogoś znajomego, ale także wpisy czy komentarze czytelników pod książkami, które brzmią: „świetnie się czytało”, „nie mogłam oderwać się od lektury” – oznaczają, że wykonałam dobrze swoją pracę. W Stowarzyszeniu Tłumaczy Literatury mamy takie hasło: „Szekspir nie pisał po polsku”, więc uznanie dla przetłumaczonych przez nas książek jest bardzo budujące.

Jaki masz przepis na dobre tłumaczenie? Czy to praca, czy musi przyjść wena?
– Wena weną, ale zadanie trzeba wykonać. I tak jak w każdej innej pracy muszę poświęcić kilka godzin dziennie, żeby to, co sobie założyłam po prostu wykonać. Mam swój sposób na tłumaczenie: rozpędzam się przez pierwsze 50 stron, próbuję wejść w styl autora czy autorki, w klimat tekstu, w sposób pisania – niektóre słowa przychodzą od razu, inne potrzebuję wyszukać, porównać kilka słów ze sobą i wybrać to, które czuję, że jest najlepsze. Muszę np. sprawdzić, jakimi słowami posługiwano się w danej epoce, jeśli tłumaczę coś, co nie opisuje współczesnych czasów. Niektóre słowa podobają mi się obok siebie, inne nie. Zmieniam, szukam, sięgam do słownika frazeologicznego. Jeszcze raz wrócę do tego porównania z aktorami: im dalej wchodzę w tekst, tym lepiej znam rolę. I tym łatwiej jest mi tłumaczyć. Słowa same zaczynają płynąć.

Czy tłumaczenie książek, które dotyczą innego czasu niż współczesność, jak np. „Stracone miliony”, to trudniejsze zadanie?
– Mnie zawsze ciekawią historie, które ktoś opisuje: dzieją się one w jakimś otoczeniu, w jakichś czasach i dotyczą różnych osób. Ktoś, kto nie jest ciekawy świata – mówię teraz o nas, tłumaczkach i tłumaczach – nie ma czego szukać w tym zawodzie. Czasem trzeba coś sprawdzić, np. jak na początku XX wieku wyglądał Ford T, który pojawia się w „Straconych milionach”. Żeby wiedzieć, jak go opisać słowami, najpierw musiałam go zobaczyć. Dotarłam więc do fotografii tego modelu. Autor „Straconych milionów” wykonał fantastyczną pracę: przeglądał artykuły z tamtych czasów, widać, że korzystał ze słowników gwary wiktoriańskiej. Postawił mi wysoko poprzeczkę, pewne wyrażenia tropiliśmy z kolegami i koleżankami tłumaczami. W książce było sporo słów, którym nadanie znaczenia po polsku było prawdziwym wyzwaniem. Autor wykonał ogrom pracy, by przekazać barwnym językiem świat Ameryki początków XX wieku.

Co było największym wyzwaniem podczas tłumaczenia „Straconych milionów”?
– Zdarzyło się kilka takich momentów, które można nazwać wyzwaniem dla tłumacza. Jess Walter stara się zindywidualizować język poszczególnych postaci, co sprawia, że trzeba się zastanowić, jak to oddać po polsku. Ponadto rozdziały pisane są w pierwszej osobie i musiałam tak tłumaczyć, by można było poznać po języku, używanych słowach – z kim mamy do czynienia jako narratorem. Jestem pełna podziwu dla autora, który bardzo dopracował tę książkę – przede wszystkim pod względem językowym oraz koncepcji tworzonych postaci. Niektóre z postaci drugoplanowych są równie charakterystyczne, co postaci pierwszoplanowe.

Czy potrzebna była konsultacja historyczna?
– Tak, książkę w całości przeczytała dr hab. Justyna Wierzchowska z Zakładu Kultur i Literatur Ameryki Północnej Uniwersytetu Warszawskiego. Bardzo mi też pomogła i wiele wniosła do tej książki Monika Abramowicz – doświadczona redaktorka językowa i miłośniczka polszczyzny. Jej uwagi, pytania: Dlaczego akurat takiego słowa użyłam i czy jestem pewna, że tak to ma brzmieć? Albo: Czy na pewno czytelnicy zrozumieją ten fragment? Może potrzebuje jeszcze „liftingu”? – spowodowały, że ta książka bardzo zyskała na tej współpracy. Przekład to praca indywidualna, ale praca nad ostatecznym kształtem książki to zawsze praca zespołowa.

* Dorota Pomadowska, tłumaczka literatury anglojęzycznej, w wydawnictwie Poradnia K oprócz „Straconych milionów” przetłumaczyła także „W sieci zła”, „Małe kobietki – oryginalny przewodnik po filmie”, „Koronawirus – książkę dla dzieci”, „Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem”, a także esej Katherine Rundell o tym, że warto czytać książki dla dzieci.

Zakupy razem:

0.00 PLN

Sposób i koszt dostawy wybierzesz w następnym kroku

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów